Niebezpieczne więzi rodzinne

opublikowane: 2020-01-21 08:58:54
kategorie: Artykuły , Rozwój osobisty , Zdrowie

Choroba ciała jest ostatnim ogniwem łańcucha. Jego początkiem jest miłość, która wiąże nas z rodziną i jej losami. Tworzące się w rodzinie więzi miłości są wyrazem elementarnej potrzeby, głębokiego pragnienia przynależności. Z jednej strony są one źródłem siły i łączą nas z tym wszystkim, co w naszej rodzinie jest wielkie i udane, z drugiej strony wiążą nas one także z tym, co ciężkie, niezałatwione, co jest obciążeniem i balastem winy. Niesiemy odpowiedzialność i za to, mimo że często o niczym nie wiedzieliśmy, ani w niczym nie zawiniliśmy. Wszyscy wspólnie ponosimy odpowiedzialność. Dlatego ci, którzy są w lepszej sytuacji pragną upodobnić się do tych, których sytuacja jest gorsza. Zdrowe dzieci, na przykład, chcą upodobnić się do chorych rodziców, a późniejsi, niemający nic na sumieniu członkowie rodziny pragną pójść w ślady obarczonych winą rodziców i przodków. Zdrowi poczuwają się do odpowiedzialności za chorych, niewinni czują odpowiedzialność za winy innych, a szczęśliwi za nieszczęścia drugich, żyjący czują się odpowiedzialni za zmarłych.

Przyczyną tej gotowości do poświęcenia się jest to, że przychodząc na świat stajemy się częścią tej samej wspólnej duszy, duchowego pola, które dzielimy ze wszystkimi członkami naszej rodziny i które nas z nimi w głęboki sposób wiąże. Równocześnie sami stajemy się też częścią losu innych. Wszyscy jesteśmy ze sobą wzajemnie powiązani, w taki czy inny sposób.

Więź losu działa najsilniej w relacji między dziećmi, a rodzicami, a także pomiędzy rodzeństwem oraz mężczyzną i kobietą. Szczególny rodzaj losowej więzi tworzy się w odniesieniu do tych, którzy zwolnili w rodzinie miejsce dla innych, przede wszystkim zaś do tych, którzy doświadczyli bardzo ciężkiego losu.

Potrzeba tworzenia więzów miłości w obrębie rodziny przewyższa nawet naszą własną potrzebę przetrwania. Wiele osób ma dlatego przeświadczenie, że, popadając w chorobę albo oddając własne życie, może wziąć na siebie cierpienie albo winę któregoś z członków rodziny. Ludzie ci żywią nadzieję, że rezygnując z własnego życia i swego szczęścia w życiu zabezpieczą, uratują lub przywrócą życie i szczęście innych członków swej losowej wspólnoty, nawet wtedy, kiedy wszystko jest już od dawna na zawsze stracone.

Silna potrzeba tworzenia więzów panująca w obrębie wspólnoty losowej prowadzi do nieodpartej presji ku osiągnięciu stanu wyrównania pomiędzy korzyścią jednych a uszczerbkiem drugich, pomiędzy niewinnością i szczęściem jednych a winą i nieszczęściem drugich, między zdrowiem jednych a chorobą drugich, między życiem jednego a śmiercią drugiego. Potrzeba ta powoduje, że kiedy ktoś z rodziny doświadczył nieszczęścia, ktoś bliski też będzie pragnął nieszczęścia. Kiedy jakiś członek rodziny popada w chorobę lub obarcza się winą, ktoś inny w rodzinie, kto jest zdrowy i wolny od winy, zachoruje lub obarczy się winą, a kiedy ukochana osoba umrze, któraś z najbliższych jej osób też będzie chciała umrzeć. Tak dochodzi do próby okupienia czyjegoś szczęścia własnym nieszczęściem.

Ponieważ z potrzeby przeżycia tego samego losu i osiągnięcia wyrównania rodzi się pragnienie choroby i śmierci, duszę ogarnia tęsknota do choroby. Istnieją jednak możliwości uwolnienia się od niezdrowych aspektów tych więzi. Przy pomocy ustawień rodziny można wydobyć na światło dzienne przyczyny sytuacji i wejść na drogę uzdrowienia.

(…)

Usiądźmy na chwilę w spokoju, pogrążmy się w głębokim, cichym skupieniu. Uda się nam to najlepiej, kiedy skupimy uwagę na obecnej chwili, takiej, jaka jest, nie ingerując w nią i nie myśląc ani o tym, co było, ani o tym, co będzie.

Po chwili cofamy się w myślach do czasu dzieciństwa. Przypominamy sobie sytuacje, w których martwiliśmy się o naszą matkę lub ojca.

Głównym zmartwieniem dziecka jest obawa, czy rodzice go nie opuszczą, czy nie zachorują albo nie umrą. Patrzymy teraz na te sytuacje oczami dziecka, którym kiedyś byliśmy. Co odczuwaliśmy wtedy w duszy? Jak radziliśmy sobie wtedy z lękiem?

Czy są jakieś słowa, które sobie wtedy powtarzaliśmy? Może złożyliśmy jakiejś wyższej sile obietnicę albo nawet przysięgę, w stylu »Jeśli sprawisz, że rodzice nigdy mnie nie opuszczą, wtedy ja…«? Takie słowa byłyby ekwiwalentem zdań »Lepiej ja niż ty.« Rodzi się pytanie: z czego wtedy zrezygnowaliśmy, co byliśmy gotowi poświęcić jako wyraz wdzięczności za prezent w postaci tego, że stan matki czy kogoś innego z rodziny się poprawi i nas nie opuszczą? Byliśmy może gotowi, aby poświęcić wewnętrznie jakąś część własnego zdrowia? Albo nawet umrzeć? Jak obchodziliśmy się potem z naszym ciałem?

Rodzi się pytanie: w jaki sposób możemy odwołać tę obietnicę i te słowa? Jak z powrotem odnaleźć pełnię i radość życia, odzyskać zdrowie?

Patrzymy na owe osoby, dla których gotowi byliśmy wszystko poświęcić tylko po to, by nas nie opuściły i by miały się lepiej. Klękamy w duszy przed nimi i spoglądamy ku nim. Po chwili, kiedy nasza małość na kolanach i ich wielkość przed nami są wyraźnie odczuwalne, wypowiadamy słowa: »Tutaj wy jesteście dorośli. Tutaj pozostajecie dorośli. Jestem wobec was dzieckiem i nim pozostaję.«

Następnie kierujemy ponad ich głowami nasz wzrok ku wiecznej mocy, w której spoczywa ich i nasz los, tylko w niej. Patrzymy jej w oczy, może widzimy, jak po policzkach spływają jej łzy, bo widzi ona, ile byliśmy gotowi poświęcić dla naszych rodziców i dla innych. Moc bierze nas za rękę. Zbieramy całą swoją odwagę i mówimy do niej: »Proszę, weź z powrotem wszystkie moje obietnice i nadzieje z tamtych czasów. Składam je w twoje ręce i oddaję je twojej miłości. Tak jak prosiłem / prosiłam cię, byś uratowała moich rodziców (lub inną osobę), tak proszę ciebie teraz, byś uratowała mnie przed nimi.«

Następnie czekamy aż do chwili, kiedy zaczynamy odczuwać, co zmieniło się w naszym ciele i w postrzeganiu życia i dziękujemy mocy wypowiadając słowo: »Dziękuję.«

 

Fragment autobiografii Berta Hellingera „MOJE ŻYCIE. MOJA PRACA”.


Moje życie. Moja praca
Bert Hellinger

Pisanie autobiografii jest podróżą.
Podróżą w czas przeszły, który wiedzie
w czas teraźniejszy. Mężczyzna spotyka
dziecko, starość spotyka młodość, bliski
koniec spotyka początek. Kroczę przez
moje życie, którego koło się zamyka,
brakuje jeszcze tylko ostatniego kawałka... 

oprawa: twarda, stron: 320








Myśl rozwinięta w autobiografii Hellingera „MOJE ŻYCIE. MOJA PRACA” zgadza się również z teoriami oraz praktyką psychogenealogii, do których zapraszamy w ramach szkolenia dr Barbary Tyboń. Obie metody pomagają wydobyć na światło dzienne przyczyny uwikłań oraz konfliktów i wejść na drogę uzdrowienia. Najbliższe szkolenie będzie dotyczyć tematyki związków: