Czas żyć! Pobudka!

Jak musiałbyś przeżyć życie, żeby na sam koniec móc stwierdzić przed samym sobą – „dobra robota!”? Czy lubisz to, jak żyjesz? Jesteś zadowolony ze swoich życiowych wyborów? Czy czujesz, że dobrze korzystasz z czasu, który tu dostałeś?
No właśnie – czy możemy w ogóle powiedzieć, że mamy jakiś czas? Teoretycznie wiemy, że każdy dzień jest prezentem od życia i nową możliwością. Rozumiemy, że naprawdę nie wiadomo, jak długo przyjdzie nam bawić na tym świecie.
Jednak jeśli popatrzymy na otaczający nas świat, to wydaje się, że przeważająca większość ludzi zachowuje się tak, jakby życie było wiecznym kiermaszem, szwedzkim stołem albo niekończącym się nigdy sitcomem. Jakby czas, jaki mamy do przeżycia, miał się nigdy nie skończyć a jego celem było pochłonięcie jak najwięcej, jak najszybciej, jak najczęściej.
Nasz stosunek do czasu pokazuje nasz stosunek do życia. Trwonimy go albo planujemy następnych czterdzieści lat – jak gdyby ktoś nam obiecał, że mamy je zakontraktowane. Często nie szanujemy istotnych momentów – np. dorastania naszych dzieci. Biegniemy za spełnianiem często cudzych ambicji, odkładamy na później podstawowe potrzeby, unikamy zwykłych małych radości – bo na to wszystko jeszcze przyjdzie czas.
Nic bardziej mylnego.
Medytacja śmierci?
Kto nie zna słynnego Memento Mori? Ludzie od dawna zastanawiają się nad sensem życia i jego ulotnością. Piszą, malują, wystawiają sztuki teatralne. Jedną z takich postaci jest Jed McKenna – autor książek, którego podejście może stać się dla wielu osób zimnym prysznicem.
McKenna w swoich książkach toczy istną batalię, by obalić mity i kłamstwa, w które lubimy wierzyć i w jakich wszyscy usypiamy. Co prawda pisze, że nie wierzy, iż jego książki wniosą trwałą zmianę w ludzkie postrzeganie. Napisał jednak całą trylogię na ten temat, więc chyba jednak w coś wierzy. W książce „Wojna duchowa” jednym z istotnych wątków jest właśnie motyw śmierci. A może życia?
No właśnie, czy jedno istnieje bez drugiego? Czy w ogóle możemy medytować nad życiem i jego przejawami, jeśli unikamy wizji naszej oczywistej śmiertelności? Autor mierzy się w swojej książce z tym tematem na różne sposoby.
To, co uważam za jego talent absolutny, to obserwacja ludzkich postaw i ubieranie ich w ciekawe, fikcyjne postacie, ich dialogi, wykłady. Zmusza w ten sposób czytelnika do konfrontacji z własnymi postawami i pułapkami myślenia. Dyskutuje, pyta, przedstawia różne perspektywy – na pewno każda osoba, która przeszła już kawałek swojej drogi wewnętrznego rozwoju, odnajdzie w nich siebie lub osoby ze swojego otoczenia.
Wracając do tematu śmierci – dlaczego tak ważne jest, żeby o niej pamiętać?
Kiedyś zacznę żyć...
Śmierć jest zjawiskiem, na które najczęściej nie chcemy patrzeć i o którym nie chcemy pamiętać. To naturalne – generuje nasz największy lęk, a jest to bardzo nieprzyjemne uczucie. Dlatego odwracamy się od tego tematu na różne sposoby. Nie chcemy konfrontować się z przemijalnością, rozpadem, nieuchronnym końcem. Z faktem, że jesteśmy tu na chwilę i warto ten czas wykorzystać sensownie. Łatwo powiedzieć. Co to właściwie znaczy?
No właśnie – na to pytanie każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam. Tylko najpierw musi je w ogóle zadać...
Tymczasem my często spędzamy życie na gonitwie za fikcyjnymi potrzebami. Ubieramy je w różne przekonania nie zastanawiając się, skąd się wzięły. Możemy przetracić nasz czas na życie iluzjami, nawet jeśli przeczuwamy, że to, jak funkcjonujemy zupełnie nie odpowiada naszym realnym pragnieniom. Możemy żyć kompletnie nijak, nudząc się samym sobą albo być najlepszą wersją siebie tylko kompletnie nieszczęśliwą.
Każdy z nas zna to w jakimś wymiarze. Możemy próbować przeżyć nie swoje życie, ale stracimy swój czas.
Kiedyś poczuję...
Kiedy osiągnę coś, to poczuję coś – to klasyka gatunku. Możemy utknąć na lata w przekonaniu, że poczucie szczęścia jest już blisko – wystarczy, że jeszcze... zdobędę, dokończę, osiągnę.
Tylko to się nigdy nie wydarza. Okazuje się, że ani awans społeczny, ani podziw w oczach innych ludzi nie są w stanie zastąpić najprostszej (przynajmniej teoretycznie) kwestii – bycia w połączeniu z własnym życiem. A zatem życia w prawdzie. Czucia siebie na własnych warunkach. Bezwstydnie po swojemu.
To brzmi jak duża rzecz. I faktycznie tak jest. McKenna nie zostawia złudzeń – wyprawa po własne życie to samodzielna, niełatwa podróż. Wymaga obecności i przytomności. Gotowości do podjęcia sporego wyzwania, jakim jest świadome życie.
Samodzielność w myśleniu
Nikt nie pokaże nam palcem, czego tak naprawdę potrzebujemy. Ani terapeuta, ani duchowy guru. Czasami drugi człowiek jest nam potrzebny do tego, żeby pokazać, że nie może za nas przeżyć życia. Działanie na własny rachunek wymaga postawienia na samodzielne myślenie.
To wymaga nie lada odwagi. Im jesteśmy starsi, tym większej. Bo zainwestowaliśmy już masę czasu w zbudowanie jakiegoś bytu. Nie jest łatwo skonfrontować się z tym, jak potraktowałem swoją szansę. Nie każdy jest gotowy na wielką rewolucję. Ci, którzy jednak są gotowi mogą zacząć od zadania sobie pytania: Kim jestem? Według Jeda McKenny to powinien być początek każdej naprawdę poważnej podróży w głąb siebie i w głąb życia.
Anna Szulc-Rudzińska – psycholog, psychoterapeutka
WOJNA DUCHOWA
Trylogia oświecenia część 3
Jed McKenna
Przebudzenie, stawanie się bardziej świadomym jest jak ostra grypa żołądkowa. Główną cechą obu tych procesów, jest gwałtowne i bezładne wyrzucenie z siebie wszystkiego, co tam zalega. Gwałtowne zmiany, wstrząsy – w górę, w dół, w każdą możliwą stronę – to oczyszczanie w trybie awaryjnym, w cyklach udręki i ukojenia. Kończysz jeden napad gwałtownego oczyszczania się i przez chwilę czujesz się dobrze, myślisz, że to już koniec, ale później znowu się zaczyna.
Udostępnij tę treść
