Recenzja książki Sophie Hellinger „Własne szczęście”

Własne to znaczy czyje? To pytanie, z którym zaczynałam lekturę tej książki.

Lektura, muszę to dodać, przebiegała w duchu nieufnym i krytycznym. Nie znałam żony Berta Hellingera. A nawet – nie miałam pojęcia o jej istnieniu.

Ale zacznę od początku. 

Od dziesiątek lat zajmuję się tematyką psychogeneaologii. Nie robię ustawień. Pracuję z genogramem przede wszystkim w ramach psychoterapii (indywidualnej i par). Ale, tak, czasami – szczególnie w przypadku znaczących tajemnic rodowych - sugeruję osobom, z którymi pracuję zrobienie ustawienia. Potem możemy dalej pracować z tym, co się tam pokazało.

Moje pierwsze spotkanie z ustawieniami…

To było dawno temu. Dopiero uczyłam się zawodu i chciałam wszystkiego doświadczyć na sobie - różnych metod i podejść. To były początki ustawień w Polsce i robiły je tylko dwie osoby. Pierwszy raz byłam jako tzw. obserwator, ale brałam udział w kilku ustawieniach innych osób. (Potem byłam też ustawiającą, ale to parę lat później).

Wyszłam z warsztatu z poczuciem, że jest to pełna mocy metoda, która może być zarówno ogromnie pomocna - katalizująca wewnętrzne procesy,  jak i… niebezpieczna. Nie każdy jest gotowy czy jest w stanie przyjąć wgląd, którego doświadczył na ustawieniach. 

Zgłębiałam temat także teoretycznie, by móc odpowiadać na różne pytania moich studentów i współpracowników. Wtedy jeszcze mało kto rozumiał czym jest pole morfogenetyczne (czy, jak je nazywa Sophie, pole duchowe). I, generalnie, Hellinger był całkowicie odrzucony przez środowisko psychologii akademickiej. 

Co ciekawe, po paru latach jedna z uczelni zaprosiła go, by wygłosił wykład. Byłam tam. Z wykładu pamiętam teraz już tylko jedno zdanie: „jeśli coś działa – to dlaczego tego nie użyć” (może jest to parafraza). W każdym razie mój otwarty duch zgodził się z podejściem integrującym różne podejścia i doświadczenia. 

Dlaczego o tym piszę? Czytając daną książkę spotykamy się z zawartą w niej historią, naukami, z autorem/autorką, ale też z samym sobą. Tak więc, czytając „Własne szczęście” po latach mogłam spojrzeć na moje spotkanie z ustawieniami według Berta Hellingera. Świadomie określić mój stosunek do tej metody. Streścić go można w jednym zdaniu: doceniam, ale zachowuję ostrożność.

To, czego dowiedziałam się z książki Sophie to fakt, iż metodę tę – nieświadomie, ale jednak - stosował już wcześniej ktoś inny – Thea Schonfelder. 

Zazwyczaj jest tak, że dana metoda ma kilku ojców / kilka matek. Często sięga archaicznych kultur i mądrości przekazywanej przez szamanów i inne powiązane z duchem osoby (a związki Hellingera z duchowością!). 

Hellinger – podobnie jak Schutzenberger z psychogeneaologią – zrozumiał, zebrał, zorganizował i nadał spójny kształt ustawieniom. Nie był ich (jednym) autorem, ale nadał im strukturę, markę i uczynił niezwykle popularnymi.

Książka Sophie ma charakter kompendium wiedzy na temat Nowych Ustawień Rodzin (taka jest oficjalna nazwa). I, w moim odczuciu, spełnia tę rolę.

Wartościowym dodatkiem są historie opowiadane przez Berta, krótkie medytacje oraz, przede wszystkim, przykłady z doświadczenia. Dla czytelnika szukającego wprowadzenia w temat ustawień jest to bardzo dobry początek.

To, co w książce denerwuje (mnie, może innego czytelnika nie) to kategoryczność pewnych stwierdzeń: zawsze, nigdy, tak musi być. 

Nie wiąże się to jednak z samą książką, ale z metodą wypracowaną przez parę Hellingerów (gdyż, jak się okazuje, od pewnego momentu było to ich wspólne dzieło). Ta kategoryczność ma w sobie aspekt mocy i słabości zarazem.

Aspekt mocy dotyczy tego, że osoba podczas ustawień jest traktowana jako dorosły, który panuje nad swoim życiem, bierze odpowiedzialność. Może unieść odsłaniającą się - a ukrytą dotąd - rzeczywistość (np. myśli samobójcze rodzica). Może wypowiedzieć zdecydowane „nie pójdę za tobą, moje miejsce jest tutaj”. Prowadzący może powiedzieć „nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić”.   Nie traktuje się jej jako bezradnego dziecka, nie próbuje pomagać, ale pokazuje, jak się rzeczy mają. Resztę dorosły musi zrobić sam. Zgadzam się z Sophie, że wzmacnia to niezależność i poczucie sprawczości. 

Aspekt słabości dotyczy tego, że wcale nie każdy stający do ustawień jest w stanie to unieść. Chcemy ufać, że tak będzie, ale nasza pojemność psychiczna, odporność czy zdolności mentalizacji są bardzo różne. Osoba , która doświadczyła masywnej traumy czy – w wyniku innych okoliczności – ma bardzo małe możliwości asymilacji – czasami potężnych i wstrząsających – wglądów, (którym towarzyszą też intensywne emocje) może doświadczyć przekroczenia siebie, zbyt dużego ciężaru, a nawet załamania jakiejś struktury obronnej.

Ustawienia rodzinne czy psychoterapia?

Dlatego zdecydowanie jestem za długoterminową psychoterapią, a nie jednorazowym wydarzeniem. Wydaje mi się, że sam Hellinger mówił o tym, że najbezpieczniej mieć ustawienie gdy jest się w procesie terapii i można potem z doświadczonym tam wglądem pracować z terapeutą.  

Kolejna kategoryczność dotyczy kwestii prawa i porządku. Nie kwestionuje się tu pewnych zasad gdyż stoi za nimi niepodważalny porządek systemowy. 

„Kobieta idzie za mężczyzną”. „Starszy przed młodszym”. „Aborcja zawsze kończy związek”. „Adopcja jest jak aborcja”.  Jest tu mnóstwo sztywnych reguł. Niektóre z nich są też mocno kontrowersyjne.

Z jednej strony, kiedy istnieje pomieszanie, uwikłanie czy odwrócenie ról w rodzinie przywrócenie porządku jest koniecznym pierwszym krokiem, by pomóc jej członkom. 

Z drugiej strony, bogate doświadczenie życia i pracy uczy, że nie ma „zawsze” i „nigdy”. Jest mnóstwo wyjątków, odstępstw i modyfikacji, które działają. I póki działają nie ma potrzeby ich ruszać. To chyba w duchu Hellingera zresztą.

Problemy pojawiają się, gdy coś nie działa czy działa źle. To wtedy klienci przychodzą do terapeuty / na ustawienia rodziny, pary czy jednostki. 

To, co akcentuje Sophie w swojej książce nazwałabym „uzdrawianiem przez miłość”. Nie w sensie naiwnego przekonania, że wystarczy kochać/być kochanym, a będzie dobrze. Raczej nie będzie, bo w naszych dorosłych związkach powtarzamy mnóstwo historii z rodziny pochodzenia. 

Chodzi o to, by przyjąć wszystkich ze swojego rodu, z miłością. Paradoksalnie nawet wtedy, gdy ich czyny były złe i krzywdzące. Przyjmujemy osobę, nie czyny. Rodziców, jako źródło naszego życia, a nie krzywdy, jakie nam wyrządzili (które często wynikają z krzywd doznanych, ale nie jest to usprawiedliwienie).

Gdy wszyscy znajdą swoje miejsce w rodzie, gdy straty zostaną opłakane, traumy wypowiedziane … potomkowie zostaną uwolnieni od ciężarów nierozwiązanych problemów przodków. W największym możliwym skrócie tak to właśnie działa.

Wracając do pytania o szczęście

Nasze szczęście – twoje, moje – zależne jest mocno od uporządkowania spraw z przeszłości. Czasami nie tylko naszej, ale i naszych przodków. 

Powiedziałabym nawet, że staje się ono w pełni odczuwalne dopiero, gdy nie niesiemy już tak wiele niepotrzebnego bagażu. 

Może tym właśnie jest zarówno psychoterapia, praca z genogramem, jak i ustawienia: po uważnym przejrzeniu zawartości postanawiamy zostawić te ciężkie walizy i iść dalej nieco bardziej lekko i swobodnie. Iść w swoje życie.



Barbara Tyboń - doktor nauk humanistycznych, psychoterapeutka, wykładowca, zajmuje się m.in. psychogenealogią.




WŁASNE SZCZĘŚCIE
Sophie Hellinger

Podręcznik wprowadzający w podstawy klasycznych ustawień rodzin w połączeniu z rozwojem Nowych Ustawień Rodzin.

„Relacje między ludźmi udają się tylko zgodnie z pewnymi zasadami. Miłość również musi im się podporządkować. Jeśli znamy te zasady, miłość również się powiedzie. Kiedy je naruszamy, zawodzi nawet największa miłość”. 

Powiązane posty

Udostępnij tę treść